sobota, 19 marca 2016

Uwaga...duża ilość zdjęć;)

Witajcie! 

Dziś Was zasypię zdjęciami. Mam troszkę zaległości w pokazywaniu tego, co przygotowałam dla świata;) Będzie kolorowo i bardzo różnorodnie:)
Najpierw komoda, pomalowałam ją farbami Annie Sloan, już wiecie, że bardzo je lubię, wciąż z nimi eksperymentuję i  szukam nowych kolorów. To jedna miłość, a druga to szablony. Dzięki nim można wyczarować ciekawe dekoracje i mebelki. 
Komoda poniżej jest solidna i masywna, ale właśnie poprzez kolor i delikatne dekoracje kwiatowe ,chciałam nadać jej lekkości. W zamyśle miała być delikatna i romantyczna.




Pan Henryk obchodził niedawno 60 - te urodziny, jest wielkim kibicem piłki nożnej, zamówiono dla niego poniższy komplet. A zamówienie złożyła Gosia, przesympatyczna osoba, która zaufała mi w tym przypadku i jeszcze kilku innych;)
Komplet składa się z zegara, nosidełka na napój kibica i podkładek pod szklanki na ten napój;)





Kolejna praca to zegar, lawendowy zegar:) Stylizowany na stary, stąd liczne spękania i postarzania.




Asia to mama Aleksandra. Kiedyś wykonywałam dla niego kuferek na pierwsze pamiątki. Ozdobiłam go w stylu marynistycznym. Teraz Asia, w nowym mieszkaniu,  przygotowuje pokój dla synka. Zamówiła zawieszkę na drzwi i statek z informacjami o małym Aleksandrze;)




Pamiętacie ramki z żabkami? Mirka, która zbiera ta stworzonka, poprosiła o kufer na pamiątki rodzinne, oczywiście z żabą;) Mirka, choć jest dojrzałą osobą, dla mnie jest wciąż dziewczynką, ma w sobie wiele radości i najbardziej urzekła mnie tym, że jak przyniosłam jej kufer to od razu dostrzegła nawet maleńkie gąsienice, które są obok żaby;) Ależ słodka była w tej radości:)))





I kolejny kufer, tym razem wybranym motywem były herbaciane róże. Całość postarzana:)




I jeszcze jeden...Wybrano makową łąkę jako motyw:)





13 - go marca panie o imieniu Krystyna obchodzą imieniny. Poniższy kufer w kształcie książki powędrował własnie do Krystyny:) Kiedyś już podobny przygotowywałam, spodobał się i poproszono o podobny:)





Dorota zamówiła gazetnik na ulubione czasopisma. Ażurowy, delikatnie postarzany ponoć bardzo ładnie wygląda w mieszkaniu Doroty:)



Koleją dekoracją jest szafka na klucze. Motywem koniecznym były ptaszki. I są..sikorki:) Szafka miała być "energetyczna", sielska...podobała się, to najważniejsze:)





Na zdjęcia zamówiono ramki, miałam je ozdobić motylkami i biedronkami. Na zdjęciach dominowały kolory żółty i niebieski, więc w takich kolorach są ramki:)


Dla pewnej wielbicielki Kopciuszka przygotowałam kuferek i zawieszkę w kształcie serduszka:)


Komplet składający się z zegara (już go znacie) i zakładki do książek powędrował do miłośniczki i właścicielki czarnego kota:)


Zakładka z napisem powędrowała do miłośnika Playstation 3, to prezent od żony dla męża, więc jest i małe serduszko:)

Poniżej zakładka w kształcie samolotu:)


I na koniec zegar dla Gosi, która bardzo lubi wszelkie dekoracje z elementami ludowymi. Ja osobiście też je bardzo lubię:) Zresztą Gosię też;)


Jak widzicie, praca wre...Czuję wielką radość i wdzięczność, ponieważ te zamówienia to często kolejne prace dla tych samych osób. Dla mnie, jako osoby, które te dekoracje wykonuje, nie ma nic piękniejszego niż "powrót" klienta.  Poza tym obserwując te osoby, dochodzę do wniosku, że wiele nas łączy...wrażliwość, wartości, poczucie humoru, nawet podobny gust czytelniczy. Z częścią z nich zwyczajnie się przyjaźnię i nigdy nie nudzę. Są częścią mojego życia. To wielka przyjemność wykonywać to, co zamówią. Nawet nie sądziłam, że tak to pięknie się wszystko poukłada i rozwinie:)

Dzisiejszy dzień spędziliśmy na powietrzu, porządkując nasze otoczenie. Pewna dostojna dama nam towarzyszyła;)


Miałam napisać i jednocześnie Wam polecić pewnego młodego autora kryminałów, które, jak wiecie, uwielbiam czytać. To nowa krew w polskim kryminale, świetnie się czyta, dzisiaj zaczynam drugi tom...ale napiszę innym razem, bo tak dużo dziś zdjęć, że nie chcę już Was zamęczać;) Następnym razem:)
Życzę pięknej niedzieli i pozdrawiam wszystkich zaglądających na ten blog:)

piątek, 11 marca 2016

Ciągnie wilka do lasu...;)

No właśnie, jakoś tak mam, że z pierwszymi promieniami słońca przychodzi tęsknota za przemieszczaniem się w atrakcyjne miejsca, za podróżami. Spacer to już za mało, wyjazd rodzinny do Wrocławia za blisko;) Słońce napełnia mnie wielką energią do tego, by zwiedzać, by poznawać kulturę różnych miejsc. I tak jedna część mnie chce już gdzieś pojechać, inna buszować w ogrodzie, a jeszcze inna wzięła się za gimnastykę codzienną, by kręgosłup się nie buntował;)
To tak tytułem wstępu:) W dzisiejszym poście wrócę do wycieczki sprzed kilku lat. Spędzaliśmy urlop na Mazurach, a przy okazji pojechaliśmy na Litwę. O Mazurach napiszę innym razem, bo moim zdaniem to jedno z najpiękniejszych miejsc w Polsce, choć z pewnością takich miejsc mamy mnóstwo w całym kraju. W każdym bądź razie ten urlop był cudowny:)
Gdy wspominam  Wilno, to mam przed oczami nostalgiczne miasto, pełne polskich akcentów. Według spisu z 1931 roku stolicę Litwy zamieszkiwało ponad 128 tyś. Polaków, co stanowiło ponad 65 % wszystkich mieszkańców miasta, w tej chwili mieszka w Wilnie ok. 87 tyś. naszych rodaków.
Miasto mnie urzekło najbardziej właśnie tym duchem polskości, wyczuwa się coś nienamacalnego, ale łapiącego za serce. Może to wpływ historii tego miasta, a może mój sentymentalizm po prostu...Nie wiem. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze Wilno odwiedzę:)

Wspomnę o kilku zabytkach, bo nie chcę zanudzać. I od razu przepraszam za jakość zdjęć, bo wciąż się fotografowania uczę, a te kilka lat temu... to było pstryk i już;))) Ale to nie jest najważniejsze. To, co najważniejsze, zostaje w głowie:)

Jednym z najpiękniejszych zabytków Wilna jest barokowy kościół św. Piotra i Pawła na Antokolu, to dzisiejsza dzielnica Wilna.
W miejscu obecnego kościoła za czasów Władysława Jagiełły zbudowano kościół drewniany, który spłonął, jak to często bywa z budynkami z drewna. Kosciół, który teraz możemy podziwiać ufundował hetman wielki litewski, Michał Kazimierz Pac. Była to bardzo ważna postać i jedna z hipotez mówi, że hetman zobowiązał się zbudować świątynię pod warunkiem zakończenia wojny z Moskwą i oswobodzenia Wilna z rąk okupanta.  W 1675 roku odprawiono w nim pierwsze nabożeństwo i rozpoczęto prace dekoratorskie. Warto zwrócić uwagę na piękną sztukaterię Giovanniego Gallego, a także malowidła iluzjonistyczne Michelangelo Palloniego.
Wnętrze świątyni zdobią 2 tysiące rzeźb stiukowych o tematyce biblijnej, mitologicznej i historycznej.
Ale to, co mnie najbardziej urzekło to kryształowy żyrandol w kształcie łodzi, to pamiątka zatonięcia podczas transportu ołtarza głównego o kryształowych kolumnach zamówionego we Włoszech.




























Kolejnym pięknym miejscem w Wilnie jest cerkiew Św. Ducha. To cerkiew prawosławna, znajdująca się niedaleko Ostrej Bramy. Jak większość świątyń na świecie i cerkiew nie ominęły zawieruchy wojenne, szczególnie ucierpiała podczas najazdu Szwedów, jakiś czas później armia napoleońska rozgrabiła wnętrze. Cerkiew przechodziła liczne remonty, ostatnią renowację w latach 90-tych XX wieku. Przy świątyni do dnia dzisiejszego działa męski monaster Świętego Ducha.
Obiekt wzniesiony jest na planie krzyża łacińskiego, całość jest trójnawowa. Wewnątrz znajduje się barokowy ikonostas, według projektu Glaubitza oraz 20 ikon autorstwa Iwana Trutniewa, w tym ikona Zwiastowania ufundowana przez carycę Marię Aleksandrownę.



Wspomniałam wyżej o Ostrej Bramie. Jest jednym z symboli Wilna, a także sanktuarium maryjnym. Jednakże kilka stuleci  temu była  jedną z dziesięciu bram z basztą obronną, w tej chwili jest jedyną, która przetrwała.
W XVII wieku obok Ostrej Bramy zbudowano drewnianą kapliczkę i w niej umieszczono cudowny obraz Matki Boskiej. To jeden z najwybitniejszych obrazów renesansowych na Litwie, nazywany Madonną Ostrobramską lub Madonną Wileńską.  Od ponad trzystu lat obraz słynie z cudów. Był czczony i uważany zarówno przez katolików, jak i przez wiernych prawosławnych i unitów. Kopie obrazu znajdują się w wielu kościołach, np. w Paryżu, w kościele św. Seweryna, a także w wielu świątyniach w Polsce.



Przy ulicy Ostrobramskiej 9 można podziwiać zespół budynków sakralnych, w skład których wchodzi cerkiew Trójcy Świętej i klasztor Bazylianów. Dla nas Polaków to ważne miejsce, gdyż właśnie w południowych zabudowaniach klasztornych, w latach 1823-1824 więziono filomatów i filaretów, a pośród nich Adama Mickiewicza. Poeta opisał te wydarzenia w "Dziadach". Dziś jedna z sal nazywa się "Celą Konrada", o czym przypominają tablice pamiątkowe. 


Należy pamiętać o tym, że na miejsca związane z Mickiewiczem trafimy w Wilnie często, ponieważ własnie w tym mieście studiował, mieszkał i jak wspomniałam wcześniej, był więziony.

Z Wilnem związany była także inny znany Polak, Juliusz Słowacki. Właśnie w tym mieście ukończył gimnazjum, a później także uniwersytet. 
Na ulicy Zamkowej można zobaczyć mieszkanie, w którym żył poeta. 


Z Wilnem związany był także Kraszewski, Miłosz, Gałczyński, Moniuszko i wielu innych Polaków. 


Wrócę jeszcze na chwilę do kościołów...W zasadzie chyba powinnam zacząć od katedry, jako najważniejszego kościoła Litwy. 
O roli katedry dla polskiej i litewskiej kultury decydują wydarzenia, jakie się tu odbywały: synody, pogrzeby biskupów, rodziny królewskiej i uroczystości państwowe. W katedrze koronowano Wielkich Książąt Litewskich - Witolda, a także Zygmunta Augusta. Ponoć tutaj odbył się ślub króla Zygmunta Augusta z Barbarą Radziwiłłówną. Katedra kryje w sobie wiele tajemnic. Do dziś nie wiadomo, gdzie dokładnie w niej jest pochowany Witold Wielki. 
Podczas wielkiej powodzi w 1931 roku, wzmocniono podziemia katedry. Przy okazji tych prac odkryto grobowce królewskie i puszkę z sercem króla Władysława IV oraz kryptę mieszczącą szczątki króla Aleksandra Jagiellończyka, Elżbiety (pierwszej żony Zygmunta Augusta) i   Barbary Radziwiłłówny. 


Odsyłam Was do obejrzenia katedry w internecie, bo to piękny klasycystyczny budynek, a moje zdjęcia tak pięknej budowli są po prostu marne:/

Na zdjęciu wyżej widzimy jeszcze pomnik księcia Giedymina, założyciela Wilna, który mieczem pokazuje miejsce, w którym ma stanąć miasto. Obok stoi jego koń, a na dole wyjący wilk. Pomnik nawiązuje do litewskiej legendy według której śpiącemu Giedyminowi przyśnił się żelazny wilk wyjący na wzgórzu. Sprowadzony pogański kapłan wytłumaczył, że wilk jest symbolem miasta, które książę powinien zbudować w tym miejscu. Wielki książę Giedymin był dziadkiem Władysława Jagiełły. 

Warto jeszcze wspomnieć o pięknym, gotyckim kościele Św. Anny. Nazywany "Śpiewającym kamieniem" zbudowany jest z 33 gatunków cegieł, ma piękną oryginalną fasadę, trzy wieżyczki, zdobione pinaklami. W ołtarzy głównym jest obraz św. Anny Samotrzeć.



Na pierwszym zdjęciu  widzimy pomnik Adama Mickiewicza. 

Charakterystycznym miejscem w Wilnie jest Góra Trzykrzyska, na której stoi pomnik - trzy białe krzyże. Według legendy w tym miejscu za czasów Olgierda zamęczono siedmiu franciszkanów. Czterech strącono do rzeki Wilejki, zaś trzy krzyże z ciałami męczenników ustawiono na Górze. Na tę pamiątkę w latach 1613 - 1636 franciszkanie wileńscy wznieśli trzy drewniane krzyże. Krzyże przetrwały do 1869 roku, wtedy ze starości zawaliły się, ale władze rosyjskie nie pozwoliły ich odbudować. Dopiero w 1916 roku  z inicjatywy księdza prałata Kazimierza Michalkiewicza zebrano fundusze i postawiono krzyże betonowe. W 1950 roku zostały wysadzone w powietrze. W 1989 roku społeczeństwo Litwy postanowiło odbudować krzyże jako pomnik ofiar stalinizmu na Litwie. Części dawnych krzyży zamurowano w fundamentach.


Na koniec zostawiłam miejsce, które na długo zostanie mi w pamięci. Kto śledzi moje wycieczki, wie, że jestem wielką miłośniczką, choć w tym przypadku, to chyba głupio zabrzmiało...po prostu lubię odwiedzać cmentarze. Szczególnie historyczne. Nekropolia, zwana Cmentarzem na Rossie  urzekła mnie niesamowicie. Lucjan Rydel tak oto pisał o tym miejscu:

„Cmentarz jest rozległy i dziwnie piękny. Samo jego położenie niezwykłe: rozkłada się on tarasowato na stoku dość pochyłego pagórka. Osobny urok nadają mu rozłożyste stare drzewa, rosnące gęsto i nieregularnie, jak w lesie. Między nimi wiją się swobodnie, wspinają w górę i schodzą w dół ścieżki, snujące się kręto wśród mogił. Tak przynajmniej wygląda najstarsza, najrozleglejsza, trochę dzika i właśnie dlatego najpiękniejsza część tego leśnego cmentarza. Latem, kiedy przez konary okryte gęstwą liści ledwie przedzierają się słoneczne promienie, w gałęziach rozśpiewają się ptaki, a ziemia okryje się kwieciem leśnym, przecudny musi być ten cmentarz na Rossie.”

Od początku nekropolii chowano tu ciała skromnych ludzi. Dwieście lat wystarczyło, aby zebrali się tutaj przedstawiciele wielu pokoleń, rozmaitych zawodów, wybitni działacze społeczni, malarze, kompozytorzy i uczeni. 
Cmentarz składa się z czterech części: Starej ( 1769 r. ), Nowej (1847 r.), Cmentarza Wojskowego oraz Mauzoleum Matka i Serce Syna. 
Na Rossie spoczywa serce Józefa Piłsudskiego  i grób jego matki, siostry i pierwszej żony. Marszałek chciał być pochowany wokół swych żołnierzy. 
Piłsudski pisał:


”Nie wiem czy nie zechcą mnie pochować na Wawelu. Niech! Niech tylko moje serce wtedy zamknięte schowają w Wilnie, gdzie leżą moi żołnierze, co w kwietniu 1919 roku mnie jako wodzowi Wilno jako prezent pod nogi rzucili…”

Jego życzenie spełniło się w 1936 roku. Po lewej stronie cmentarza znajduje się grób Marii z Billewiczów Piłsudskiej, miejsce pochówku urny z sercem Józefa Piłsudskiego. Nagrobek wieńczy płyta granitowa wydobyta na terenie polskiej wsi kresowej Bronisławka na Wołyniu. Na płycie wykuto słynny napis: " Matka i serce syna". Dla mnie jako dla wielkiej miłośniczki historii i postaci Piłsudskiego to było wielkie przeżycie.   
Przez wiele lat po wojnie, cmentarz, a szczególnie cmentarz wojskowy, był miejscem zakazanym. W tej części spoczywają żołnierze polegli w latach 1919-1920, żołnierze polegli w 1939 roku i żołnierze AK. 
Ten cmentarz to miejsce szczególne, ważne i aż strach pomyśleć, że gdyby nie protesty społeczności polskiej i litewskiej to tego miejsca, tak ważnego dla naszego kraju po prostu by nie było...w latach 80 - tych powstał plan budowy obwodnicy przez terytorium cmentarza....
Niestety wiele nagrobków jest w opłakanym stanie, wandale zniszczyli wiele pięknych pomników, dlatego ośmielam się Was prosić o to, gdy spotkacie się z akcją zbiórki pieniędzy na ten cmentarz, to nie żałujcie...byłam i widziałam, jak ta nasza przecież narodowa nekropolia wygląda.










Dziękuję tym, którzy przeczytali to, co napisałam. Oczywiście to zaledwie garstka informacji na temat Wilna,ale wiem z doświadczenia, że daty, nazwiska, style architektoniczne nudzą, więc w tej sferze starałam się napisać niewiele. A zainteresowanych odsyłam do internetu, gdzie można znaleźć mnóstwo ciekawych informacji i pięknych zdjęć.
Jeśli zdecydujecie się na wycieczkę do Wilna, to polecam jeszcze odwiedzenie zamku w Trokach, piękna rekonstrukcja i ciekawa historia tego miejsca. Gdy spaceruje się po placu zamkowym, ma się wrażenie jakby czas się cofnął i lada moment można zobaczyć Jagiełłę, albo Witolda. Ten ostatni z jednej z wypraw, z terenów przy Morzu Czarnym przywozi około 400 rodzin tatarskich i karaimskich. Osiedla ich w Trokach. Karaimowie to niezwykły lud...do tych czasów możemy oglądać piękne, kolorowe domy...zawsze z trzema oknami skierowanymi na ulicę - jedno dla Boga, drugie dla Księcia Witolda, a trzecie dla domowników. 
Kultura tego ludu jest niezwykła i intrygująca...ale może zostawię to na inny post:)

Na zakończenie naszej wycieczki po Litwie zacytuję  piękne słowa Miłosza: 

" Dobrze jest urodzić się w małym kraju, gdzie przyroda jest ludzka, na miarę człowieka, gdzie w ciągu stuleci współżyły różne języki i religie. Mam na myśli Litwę, ziemię mitów i poezji ".

Ten cytat chyba najlepiej oddaje piękno tego małego, ale jakże uroczego kraju. Zachęcam, szczególnie, gdy nasze wycieczki do zachodniej części Europy czasami odkładamy ze względu na sytuacje związane z różnymi zawirowaniami w Europie...Może warto odwrócić głowę w drugą stronę i zobaczyć Wilno, miasto tak bardzo związane z Polską:))) 

Tak własnie najlepiej odpoczywam i regeneruję siły...zwiedzając interesujące miejsca, pisząc o nich, rozmyślając i wspominając. Dziękuję Opatrzności za to, że moja potrzeba poznawcza wciąż nie jest zaspokajana i wciąż chcę bywać tam, gdzie spotyka  się przyroda, architektura i tworzy się historia, nasza historia:)

Szukając zdjęć do dzisiejszej historii, trafiłam jeszcze na zdjęcie sprzed lat, to druga, moja ulubiona forma odpoczynku, własnie w takich miejscach jestem najszczęśliwsza...pośród przyrody i kwiatów. W takich momentach nie potrzebuję nic do szczęścia, wystarczy mi to, co stworzyła Natura:)
I bardzo się z tego cieszę:)


Pozdrawiam Was bardzo serdecznie, w następnym poście będzie bardzo dużo nowych dekoracji, bo przygotowałam ich ostatnio sporo. A że nie samym chlebem żyje człowiek,...dlatego dziś pojechaliśmy na Litwę;) 

sobota, 20 lutego 2016

Małe dylematy przy blogowaniu, na szczęście nie moje;) I...różne różności, od boho po Schmitta;)

     Witam Was i pragnę podziękować za Wasze komentarze pod każdym postem. Są one dla mnie niezmiernie ważne, ponieważ na ich podstawie wyciągam wnioski, co może się spodobać, jakie kolory warto wykorzystywać w pracy, które motywy i wzory są ciekawe:) Wasze zdanie jest dla mnie bardzo, bardzo ważne.
Spotkałam się na blogach z opisami wypalenia niektórych blogerów, jak dobrze, że mnie jeszcze nie dopadło i mam nadzieję, że nie dopadnie;) Bardzo lubię te nasze spotkania blogowe, mamy tu pewien klimat i jest ekstra;) Zauważyłam, że niektórzy mają problem z tym, że ktoś kogoś kopiuje, ktoś robi podobne zdjęcia, aranżacje, ktoś komentuje, a ktoś tylko zagląda, itd. Poczytałam trochę o tym.
Zobaczyłam, jak różnie podchodzimy do blogowania...dla niektórych to czysta przyjemność, a dla niektórych bardzo poważna sprawa. Szanuję każde podejście, ale skupiam się na swoim;)
Dla mnie blogowanie to przede wszystkim przyjemność, powiązana z tym, co robię każdego dnia. Lubię rozmawiać, lubię pisać, przyglądam się opiniom, cennym komentarzom. W tych uwagach o różnych stronach blogowania, czytałam także o tym, że ludzie słodzą, że to taki krąg adorujących siebie nawzajem. Przepraszam bardzo, to chyba te osoby mają taki problem. Ja o tym kompletnie nie myślę. Jeżeli np. ktoś zostawia u mnie komentarz wychwalający jakąś dekorację pod niebiosa, a tak naprawdę w sercu myśli coś innego, to jest po prostu fałszywym człowiekiem i tyle. Przecież tacy też są. I w sieci, i w realu. Trudno. To ich problem, nie mój. Myślę, że nie trzeba się tym zajmować. 
Moje zdanie jest takie, jeżeli kogoś zainspiruję do wykonania jakiejś dekoracji, czy do przeczytania książki, czy obejrzenia filmu, odwiedzenia fajnego miejsca to spełni się moje marzenie, jakim było założenie bloga. I tyle w tym temacie. Nie chcę nikogo naśladować, ale oczywiście przecież także inspiruję się tym, co zobaczę u Was:) W ten sposób własnie uczymy się od siebie nawzajem:)))
Ok, to tylko mój komentarz na to, co ostatnio zauważyłam na części blogów.
A propos inspiracji...Od dawna marzyłam o tym, by przygotować komodę w stylu boho (choć trochę). Widziałam wiele różnych przykładów w sieci i spróbowałam swych sił;)
Zakupiona komoda pierwotnie była sosnowa. Najpierw pomalowałam ją na brązowo, zależało mi na tym, by miejscami widoczne były słoje drewna. Kolejna warstwa to mieszanka farby kredowej Provence z domieszką farby akrylowej w kolorze Phoenix Blue.Całość pokryłam lakierem. Komoda ma wyglądać na "nadgryzioną zębem czasu". Wielką ozdobą są gałki ceramiczne, już je Wam pokazywałam przy niebieskiej komodzie, tym razem są w innym kształcie i kolorystyce, ale także ręcznie malowane w Indiach.
Przy ozdabianiu komody inspirowałam się trochę folkiem, trochę kulturą Indii i stylem hippie chic. Ważne dla mnie było, by pokazać miks pozytywnych barw i wzorów oscylujących między wpływami orientalnymi a artystyczną cyganerią.







Kolejna praca to komplet składający się z herbaciarki i czterech podkładek pod kubki:) Tu ta najważniejszy był dla mnie motyw:) Już kiedyś pisałam o malarstwie Magdaleny Rochoń, która mówi, że zajmuje się malarstwem z potrzeby serca natchnionej ulotną chwilą. Tematami jej prac są głównie kobiety, ale także kwiaty:) I własnie motyw bukietów kwiatów znajduje się na zestawie. Widzimy malwy, które kojarzę z dzieciństwem, z sielskim  życiem na wsi, w ostatnich latach trochę zapomniane, znów wracają do łaski:) Bardzo się z tego cieszę, osobiście jestem zwolenniczką rustykalnych, naturalnych ogrodów, nie dla mnie trawniki i iglaki;))) Oczywiście trochę żartuję, wiecie o co mi chodzi;)))
Kolor zestawu to antyczna biel, miejscami postarzana.







To ostatnie zdjęcie nie zawiera lokowania produktu, choć grzaniec z tej firmy jest wyborny;)))

Trochę dużo zdjęć dzisiaj, ale mam nadzieję, że nie zanudzę;)

Kolejna dawka romantyzmu to postarzana szafka, w stylu shabby chic, z motywem różanym.





I jeszcze jeden komplet  składający się z herbaciarki i podkładek. Ale tym razem chciałam jakoś inaczej...Na podkładkach napisałam kilka ważnych rzeczy z serii: "Przepis na życie";) Oczywiście można by takich podkładek przygotować więcej z innymi zaleceniami, ale jeśli nawet te cztery uda nam się wprowadzić w życie, to będzie dobrze:)))





I na koniec prac zegar z czarnym kotem, na szczęście, a co! Jutro powędruje do wielkiej miłośniczki tych czarujących zwierzątek:)



Dotrwaliście? Cieszę się:)))

I na koniec coś dla tych, którzy trwają w tym nałogu co ja;) Czyli są uzależnieni od czytania i nie rokują, by się z tego wyleczyli. Oj, jak dobrze mi z tym nałogiem. Książka i kawa...uwielbiam:)))
No więc. jak znajdziecie godzinkę, bo tyle się czyta tę książkę, to warto sięgnąć po kolejną kapitalną pozycję Erica Emmanuela Schmitta, pt.: "Małe zbrodnie małżeńskie". To krótki dramat, pisany tak przewrotnym językiem, zawierający tyle zwrotów akcji i niespodzianek, że mój zachwyt nad twórczością Schmitta trwa, ba, nawet się pogłębia.


Książka opowiada o miłości, nienawiści, zdradzie, zazdrości. Dwoje głównych bohaterów to Lisa i Gilles, małżeństwo z 15-letnim stażem. Są sobą znudzeni, wzajemnie się oskarżają. Prowadzą dialog, momentami bardzo ożywiony, kochają się, ale nie umieją już tego pokazać sobie wzajemnie. Nie chcą już walczyć. Jakie to aktualne, prawda? To tak trochę jak z kwiatkiem, jeśli o niego nie dbamy, umiera...Tak samo dzieje się ze związkiem, nie pielęgnujemy go i nagle okazuje się, że mieszkamy pod jednym dachem z prawie obcą osobą. Jesteśmy potem zdziwieni, że nie ma czego ratować. O takich dylematach jest ten krótki dramat. Świetnie się go czytało, zaznaczałam też kilka mądrych zwrotów, czy może nawet definicji. Najbardziej podobały mi się słowa o związku:

"Każdy związek jest domem, do którego klucze znajdują się w rękach mieszkańców. Jeśli zamknie się ich od zewnątrz, dom stanie się więzieniem, a oni więźniami."

Albo jeszcze  słowa Lisy:

"Co to znaczy kochać mężczyznę? To znaczy kochać go na przekór sobie, na przekór całemu światu. To znaczy kochać go w sposób, na który nikt nie ma wpływu. Kocham twoje pragnienia, a nawet twoje awersje, kocham ból, jaki mi zadajesz, ból, którego nie odczuwam jako bólu, ból, o którym natychmiast zapominam, który nie pozostawia śladów. Kochać to znaczy mieć tę wytrzymałość, która pozwala przechodzić przez wszystkie stany, od cierpienia do radości, z tą samą intensywnością."

Kochani, a więc życzę Wam tej nieustannej miłości...może na przekór sobie, może na przekór światu. Nieważne. Najważniejsze to kochać, to prawdziwy sens naszego życia:)