Mam klientkę, która uwielbia sowy, pisałam o niej w jednym z wcześniejszych postów. A więc był już segregator, była półka, był wieszak i były zawieszki. Przyszedł czas na tacę, ale tę na nóżkach, klientka marzy o śniadanku w łóżku:) W perspektywie ma być jeszcze zegar, ale później. Wracając do tacy, to klientka i jej mąż są wielbicielami zwierząt, kochają kontakt z przyrodą, ich mieszkanie ozdobione jest dużą ilością drewna, więc mam nadzieję, że taca będzie pasowała. Drewno jest, sowy są, a nawet kilka, nóżki są, więc i śniadanie na tacy będzie;) Po ostatnim zakupie dostałam smsa od klientki: "Moniu, dzięki Tobie jestem w sowim raju:)", więc mam nadzieję na równie dobry odbiór.
Druga propozycja to komplet herbaciarki i podkładek pod szklankę czy kubek. Miało być delikatnie, z niewielkim motywem kwiatowym, w kolorach pasujących do beżu. Wybrałam drobne kwiatuszki w kolorach: niebieskim i fioletowym.
I w dalszym ciągu wykorzystuję maki, które kocham i jak tylko mam wybór, to ozdabiam nimi właśnie przedmioty, poniżej tacka na chlebek lub na owoce, a w zasadzie na co się chce i wieszaczek, czy to na ściereczki do kuchni, czy na klucze, wyobraźnie wskazana;)
I na koniec prac "ostatnich" tabliczka zawieszka, którą można zawiesić i w domu, i przed domem.
Tak sobie pomyślałam, że to trochę niesprawiedliwe, że w ostatnich postach pisałam dużo o roli mamy, były ehy i ohy;) A co z tatusiami? Przecież wśród nich bywają wspaniali, dający przykład mężczyźni...otaczają nas niestety też nieudacznicy, albo w ogóle ich nie ma, choć powinni być, ale nie zawracamy sobie głowy takimi, dziś moim bohaterem jest Rupert Isaacson, autor książki, pt.: " Opowieść ojca przez mongolskie stepy w poszukiwaniu cudu". Przypomniałam sobie o tej książce szperając w mojej biblioteczce w poszukiwaniu szczególnie ciekawych propozycji, które mogłabym polecić. I wpadłam na tę książkę. Czytałam ją kilka lat temu, ale wciąż pamiętam moje łzy i wielkie wzruszenie dla poświęcenia ojca dla syna. Brzmi to tak patetycznie, ale czyż nie taki powinien być porządek w świecie? Najpierw rodzic jest wsparciem dla dziecka, a potem dorosłe dziecko wspiera starych rodziców...Doskonale wiemy, że niestety życie pisze różne scenariusze.
Ale wróćmy do Ruperta...jest on dziennikarzem i autorem książek podróżniczych. Kiedy u jego dwuletniego syna Rowana wykryto autyzm, postanowił, że nie podda się bez walki. Długo próbuje różnych form terapii, jednak bez skutku. Pewnego dnia przypadkiem odkrył, że jego syn nawiązuje wyjątkową więź ze zwierzętami. Wtedy postanawia zrealizować szalony plan, zabiera dziecko do krainy szamanów, nieskażonej przyrody i stad dzikich koni - Mongolii. A po powrocie opisuje tę niezwykłą podróż w książce, którą możemy przeczytać. Podróż ta okazuje się magicznym przeżyciem i doświadczeniem, które na zawsze odmieniło uczestników wyprawy. Książka to bardzo osobiste spojrzenie na problem autyzmu, zapis wielkiej podróży i intrygujący obraz szamanizmu. Jest to także opis pięknej przygody, ale przede wszystkim widzimy wielką siłę i wiarę, która jak wiadomo potrafi góry przenosić. Pamiętam, że po lekturze długo byłam wzruszona i patrząc na nasze zdrowe dzieci ,w duchu i ciszy zastanawiałam się, czy byłabym zdolna do takiego poświęcenia...Wiem, że byłoby trudno, ale na pewno zrobiłabym wszystko, by wykorzystać każdą możliwość, by pomóc dziecku, tak jak to zrobił Rupert...:) Warto też zwrócić uwagę na wielką rolę naszych kochanych "braci mniejszych"....jaka potęga i moc, i dobroć są w zwierzętach, jak one potrafią kochać i pomagać, jak są wierne do końca, jak tęsknią:) Ostatnio mój znajomy użył fajnego określenia w stosunku do osób, które znęcają się nad zwierzętami, powiedział, że:" To nie są ludzie, nie zasługują na to miano, to jedynie jakaś nieudany rodzaj homo sapiensa..." Pełna zgoda, Mirek, pełna zgoda:)))