sobota, 23 sierpnia 2014

Powrót do realu;)

No i kolejna bajka się skończyła;) Po powrocie zachowywałam się właśnie tak, jak dziecko, gdy skończy się bajka w telewizji...Płacz, tupanie nóżkami, żal i smutek, ale dziecku przechodzi, więc i mnie przeszło:) Zauważyłam, że z wiekiem robię się coraz bardziej sentymentalna, coraz bardziej integruję się z przyrodą, coraz bardziej potrafię wsłuchiwać się w ciszę. A może to jest właśnie magia tych pięknych gór, które oglądałam, jest coś w Bieszczadach takiego, że się potem tęskni, że nie chce się stamtąd wyjeżdżać. Nie potrafię tego wytłumaczyć ani zdefiniować, ale wróciłam pełna pokory, troszkę smutna, jeszcze bardziej wrażliwa i emocjonalna. Zdaję sobie sprawę, że to kwestia mojego charakteru, miękkiego i mało odpornego na ten goniący świat. Wzruszałam się przy miejscach, które dla kogoś są tylko informacją. W myślach szczególnie wracam do pewnych kwiatów, chodzi o rudbekie. Gdy jechaliśmy z Polańczyka do Krasiczyna moją uwagę zwróciły właśnie te kwiaty, tworzące prawie poletka, tak się rozrosły, a przy nich często zdziczałe drzewa owocowe. Dało mi to do myślenia...dopiero przewodnik beskidzka, pani Maria, przed którą chylę czoła, jej wiedza, sposób mówienia i charyzma na długo pozostaną mi w pamięci, i ona właśnie zwróciła moją uwagę na to, że tam, gdzie widziałam te kwiaty były kiedyś po prostu ogródki bieszczadzkich gospodyń, były tam domy i gospodarstwa, których już nie ma...tylko te kwiaty przypominają, że tam ktoś żył, mieszkał, śmiał się i płakał...I ja już uruchamiam wyobraźnię, już potrafię zobaczyć tych ludzi, te dzieci ganiające po tych ogródkach, te gospodynie pośród tych kwiatów...a ktoś inny kompletnie nie zawraca sobie tym głowy. Ależ jesteśmy różni...
Nie chcę Was zamęczać na tym blogu jakimiś informacjami z Wikipedii, bo to wszystko można znaleźć, ale napiszę kilka słów o tym, co mnie zatrzymało i zastanowiło, może wzruszyło także, a do tego fotki do obejrzenia.
Poniżej właśnie rudbekia jako jedyny ślad po dawnych mieszkańcach.



Tak będę "skakać" po różnych miejscach, które odwiedziliśmy, ale mam nadzieję, że nie wyjdzie chaotycznie:)
Bieszczady to kopalnia historii, kultury, trudnych historii, wysiedleń, dramatów, walk i zagadek, kto komu pomagał, kto był ten "dobry", a kto "zły"...Nie osądzajmy, bo myślę, że łatwo się mówi w czasach pokoju, i nigdy nie dowiemy się, jak się zachowamy w obliczu wojny, groźby, dopóki taka sytuacja nam się nie przydarzy. Poza tym jest wiele interpretacji historycznych różnych zdarzeń, które miały tam miejsce, w zasadzie, co historyk to teoria. Więc zostawmy to, a spójrzmy na inne rzeczy.
Mówimy o nas Polacy, tak ogólnie, ale dopiero w Bieszczadach zdałam sobie sprawę z różnic między regionami, ta różnorodność etnograficzna jak dla mnie to coś niesamowitego, szczególnie blisko przyjrzałam się Bojkom, odwiedziliśmy Muzeum Bojków w Myczkowie, i tam dowiedziałam się bardzo dużo na temat tej grupy etnicznej, większość z nich została wysiedlona na Ukrainę, a część rozproszona po całej Polsce w ramach Akcji "Wisła". Kustosz muzeum, Pan Drozd jest Bojkiem, historykiem, i tradycyjnie, jak spotkały się takie osoby, jak my, to dnia było mało. Moja praca magisterska traktowała o muzealnictwie, więc wiedziałam o co pytać, jak rozmawiać, w muzeach zachowuję się trochę jak kibic na stadionie, adrenalina mi się podnosi, czas oczekiwania podnosi ciśnienie, bo chcę zobaczyć, co dalej, chcę krzyczeć: "Jakie to piękne", tutaj kibic raczej krzyczy co innego;)
Kilka fotek z tego muzeum.
Poniżej pierwowzór współczesnego komputera;)



Zawsze chciałam zostać nauczycielką;)


Poniżej noszę wodę:)


Kilka eksponatów, które zwróciły moją uwagę.




W piwnicach muzeum znajduje się galeria, w której można kupić rzeźby, obrazy, oj, było co oglądać.



Obok tej miejscowości jest Berezka, a tam coś dla dzieci, czyli "Wiejskie Zoo", choć mieszkamy na wsi, nie mogliśmy wyrwać stamtąd dzieci;)
Ja też miałam swoje zajęcie, a co!;)



Kolejnym miejscem, które mnie bardzo ujęło to Lesko, piękne miasteczko położone nad Sanem. Znane przede wszystkim z zamku Kmitów, pięknej synagogi oraz cmentarza żydowskiego, który wywarł na mnie niesamowite wrażenie. Trochę to dziwne, ale uwielbiam spacerować po cmentarzach, a na tym leskim, można było zobaczyć macewy z XVI w.!
W latach międzywojennych ponad połowa mieszkańców to była ludność żydowska, stąd tak wielki cmentarz z licznymi macewami, w zasadzie kirkut, bo tak nazywa się cmentarz żydowski.
Znajduje się on na stromej skarpie, liczy ok. 2 tys. grobów, przyglądaliśmy się im dokładnie, szukając symboli na na nagrobkach. Zaangażowaliśmy także dzieci w to, by postarały się odnaleźć symbole np. świecznika, czyli menory, to informacja, że pochowano tam kobietę, tam gdzie była korona - symbol zarezerwowany dla rabinów, księgi zdobiły zazwyczaj groby nauczycieli i uczonych. Macewy ozdobione są także często wizerunkami zwierząt, a więc orzeł - lekkość, jeleń - szybkość, lampart - gwałtowność, lew - potęga, i te zwierzęta można odnaleźć na macewach. Pasjonujące są historie galicyjskich Żydów, szkoda, że tak niewiele po nich zostało w Bieszczadach.




Kolejnym pięknym miejscem był Krasiczyn, kiedyś rezydencja polskiej magnaterii. Główną atrakcją jest piękny zamek, w zasadzie bardziej obronny zespół pałacowy, zbudowany na planie prostokąta, założony przez Krasickich, stąd też nazwa miejscowości. Historia pałacu jest bardzo ciekawa, nie będę jej tutaj opowiadać, ale polecam serdecznie do zagłębienia się i poczytania na temat tego pięknego zabytku. Obecnie w zamku mieści się hotel i restauracja, a część zamku udostępniona jest zwiedzającym. Jak dla mnie najbardziej szokujące jest to, jak wiele cennych pamiątek zostało zniszczonych i zgrabionych przez żołnierzy sowieckich, dorwali się nawet do krypt i wyciągali trumny ze szczątkami...które "rozrzucano" po całym pałacu...
W latach 30. XIX w. zamek został zakupiony przez rodzinę Sapiehów...ostatni z rodu mieszkają w Belgii, i właśnie toczy się "walka" o odzyskanie zamku...Różnie to interpretujemy, ja jestem zdania, że jeśli dany zabytek nie popada w ruinę i właściciel, czy spadkobierca, czy państwo dba o niego należycie, to w zasadzie nie trzymam żadnej ze stron, najgorzej, jeśli strony się szarpią, a zabytek idzie w zapomnienie...







A w piwnicach zamku..."Memento mori";)



A potem trafiliśmy do pięknego, malowniczego miasteczka - Zagórza, kiedyś była to kolejarska osada, przez którą na przełomie XIX i XX wieku przejeżdżały pociągi ze Lwowa i Krakowa do Wiednia i Budapesztu. My wybraliśmy się na długi spacer szlakiem pątniczym, a jednocześnie turystycznym, by zobaczyć ruiny klasztoru Karmelitów Bosych. Kto wcześniej czytał moje posty, to wie, że kocham ruiny...i znów dla kogoś to zwykły "stos" cegieł, a dla mnie ciekawy zabytek architektury i sztuki sakralnej. Ja widzę tych mnichów, którzy tam się kręcą, i doglądają weteranów wojennych, śpiewają i modlą się, a jak trzeba to i się bronią, bo klasztor był warownią. Szczególną uwagę przykuwają freski iluzjonistyczne, a w zasadzie ich resztki, które można oglądać. Historia klasztoru ciekawa, i znów nie miejsce, by o tym pisać, ale warto wspomnieć o pożarze, i o tym, że przez 135 lat budowla niszczała....do 1997 roku. Od tej pory rozpoczęto ratowanie obiektu, na jednej z wież jest punkt widokowy, z którego można podziwiać Góry Słonne, teren wzgórza został uporządkowany, ba, nawet jest tam piękny, geometryczny ogród!








Tak wygląda sam klasztor, ale jeszcze chciałbym wrócić do tego pięknego szlaku, który prowadzi do niego. Tworzy go Droga Krzyżowa, która jest galerią rzeźby, a jednocześnie to szlak modlitwy i refleksji. To dosyć unikatowe przedsięwzięcie, ponieważ każdą stację wykonał inny artysta mieszkający w Zagórzu lub w okolicy. Oczywiście moje serce się radowało, bo kocham rzeźbę także, i wędrowaliśmy wśród pól, w zadumie i ciszy, podziwiając piękne dzieła lokalnych artystów.


Do wejścia na trasę zachęca stojący u wejścia anioł, dzieło Mariusz Mogilanego, młodego artysty, urodzonego w 1982 roku, który wykonał także inną rzeźbę na szlaku.


A poniżej rzeźby innych artystów, takich jak najbardziej znany Zdzisław Pękalski, zamieszkały w Hoczewie, który w ostatnim czasie podupadł na zdrowiu, ale wciąż można odwiedzić jego galerię przy domu, żona pana Zdzisława zastępuje męża przy oprowadzaniu gości.







Mieszkaliśmy nad Jeziorem Solińskim, największym w polskich górach zbiornikiem zaporowym. Jest pięknie położony, ale i intensywnie wykorzystywany turystycznie, można wypożyczyć sprzęt wodny, popłynąć statkiem wycieczkowym, łowić ryby, a także zwyczajnie poplażować.
Zapora solińska imponuje rozmiarami - ma długość 664 m i wysokość 82 m, można ją zwiedzać, można spacerować, można kupić piękne pamiątki za ceny obowiązujące w miejscach atrakcyjnych turystycznie;)






W miejscowości Cisna trafiłam na kiermasz rękodzieła, czyli byłam w swoim żywiole;) Oczywiście do domu wróciłam z nadprożem nad drzwi, nie mogłam się oprzeć, uwielbiam takie unikatowe przedmioty, a mąż musiał mnie odciągać od sprzedających, bo rozmowy się rozwijały bardzo i mogły trwać i trwać:)




Bieszczady to także dziesiątki cerkwi, często opuszczone, zaniedbane przypominają o dawnych mieszkańcach. Udało nam się wejść do cerkwi w Czarnej, w tej chwili jest świątynią rzymskokatolicką, ale w środku można zobaczyć dawny wystrój, to się nazywa ekumenizm...nie ma podziałów, czyli da się, gdy są chęci;)


Bieszczady oferują piękny Szlak Ikon dla miłośników architektury drewnianej, można zapoznać się z pięknymi cerkwiami w Dobrej Szlacheckiej, w Sanoku, w Tyrawie Solnej, w Równi, Rabem, Krościenku, Chmielu, w Smolniku...można wymieniać i wymieniać.

Koniecznie należy też wspomnieć o połoninach, które są najbardziej charakterystycznym elementem krajobrazu Bieszczadów. Te rozległe widokowe polany szczytowe, łąki zachwycają swym pięknem. Najbardziej znana to Połonina Wetlińska, wspaniała górska sceneria, dalekie panoramy. Jest to jedna z najchętniej podejmowanych wycieczek w Bieszczadach, na wschodnim krańcu połoniny znajduje się schronisko turystyczne "Chatka Puchatka".








To co tu opisałam, i to co zobaczyliśmy to niewielka namiastka tego, co w Bieszczadach można zobaczyć i poczuć...To tak bogaty region w zabytki, w piękne szlaki, że trzeba spędzić tam o wiele więcej czasu niż nam było dane...bo przecież jeszcze ekomuzea, konny szlak beskidzki, szlaki militarne, jeszcze Sanok, jeszcze Lutowiska, Komańcza, Ustrzyki, jeszcze Połonina Caryńska i Tarnica, "kultowy" Smerek i "Worek Bieszczadzki"...i jeszcze, i dalej...
Jedno jest pewne, na pewno tam wrócimy, znów chcemy poczuć tę magię, tę tajemnicę, która nam towarzyszyła podczas pobytu...tak, z pewnością wrócimy....:)))


czwartek, 7 sierpnia 2014

     Jeszcze chwila i będą Bieszczady:))) Nie mogę się doczekać i  uzmysłowiłam sobie , że jestem uzależniona nie tylko od kawy, o czym wcześniej pisałam, ale także od wyjazdów, gdziekolwiek, byle coś zobaczyć, czuję taki miły dreszczyk oczekiwania, robię się radosna, bardziej miła dla otoczenia, częściej spoglądam do góry i kolejny raz szepczę "...Boże, kolejny raz dziękuję...". Dziękuję, że mam tę potrzebę poznawania, smakowania i delektowania się widokami, pejzażami, spotykania różnych ludzi, jak to wszystko ubogaca, jak sprawia, że wzrastamy i rozwijamy umysł, a jak wracamy, to te wszystkie megaproblemy przed wyjazdem to tak naprawdę błahostki...:)
Ten tydzień był dosyć obfity w pracę, musiałam skończyć kilka moich małych "dzieł", jestem zadowolona, bo udało się bez stresu, czy poprawek wszystko skończyć, co sobie zaplanowałam:)
Chciałam Wam przedstawić dwie miłe panie, tzn. dwa stojaki na biżuterię:)







Do sklepu "U Magdalenki" pomaszerowały Anioły....niech strzegą od złego:) Anioły są malowane ręcznie, to wiadomo, ale w ruch poszła i bejca, i serwetki, i pasta strukturalna, i złocenia srebrne i złote, i tasiemki, koronki, serduszka i gwiazdki  ze sklejki, i perełki w płynie,  no tylko transferu zabrakło;)







Serducho - zawieszka, już nie mogło się doczekać transferu;) To także udało mi się zrobić:)




Zawsze podobało mi się połączenie turkusu z brązem, niby kompletne przeciwieństwo, a jednak dobrze wyglądają razem, przynajmniej w moim mniemaniu;) Powstała mała szkatułka na drobiazgi, albo np. na świeczki:)



I na koniec komplecik "słonecznikowy":)







A chciałam jeszcze pokazać małe stworzonko, które mnie rano powitało, gdy otworzyłam drzwi...patrzyłyśmy dość długo sobie w oczy, pozwoliła nawet, bym poszła po aparat, i zrobiła fotkę. Wciąż  "badałyśmy się", do czasu gdy na horyzoncie pojawił się nasz kotek Simba, który niestety pokazał nam swoje drugie oblicze:( Osoby o słabych nerwach niech przejdą do kolejnych rozważań;)
Najpierw mój poranny gość.


No a teraz to drugie oblicze naszego Simby. Pomimo, że młody kociak, to okazało się, że jest rasowym drapieżnikiem. Dla dzieci to był szok, były łzy, i pytania, jak taki mały kotek wie, jak się poluje.
Może od początku. Od rana Simba przesiadywał na wysokim świerku, podstawialiśmy nawet drabinę, by go ściągnąć. A on i tak kolejny raz wchodził.


Teraz już wiem, że po prostu jego koci nos coś tam wywęszył. Po jakimś czasie nagle wkoło drzewa zaczęły krążyć dwa piękne zielone ptaki, wydaje mi się, że to był trznadel, choć tak dobrze się nie znam, podlatywały bardzo blisko, przy tym krzyczały niemalże, siadały na gałązkach, to było coś niesamowitego, teraz wiem, że to mama i tata chcieli ratować swoje młode przed naszym młodym barbarzyńcą;)


Pewnie się domyślacie, co było dalej:( Simba zrobił to, co mu jego instynkt koci podpowiadał. Tak właśnie wygląda równowaga w przyrodzie. Dziwne jest tylko to, że podchodziłam tyle razy do tego świerku i w ogóle nie słyszałam młodych, dopiero już na końcu, na dole, z Simbą:(
Dla dzieci to był szok, nie mogły pojąć, że ich malutki kotek jest według nich bestią, nawet wprowadziły mu jakąś karę, tzn. zabrały zabawkę-myszkę. Mechanizm myślenia dobry: zły uczynek - kara...ale usiadłam z nimi i poopowiadałam trochę o przebaczeniu. Bo przecież w naszym świecie, świecie dorosłych, często właśnie tak jest: zły uczynek, kara...ale i przebaczenie:) Pewnie jak dorosną, same tego doświadczą, na razie wracają myślami do małych trzech ptaszków, które latają, na pewno latają, ale już gdzie indziej....

Jakoś ostatnio kręcę się wokół tematu aniołów, to chyba dzięki Tobie Gabrysiu:) Więc dziś też książka, i właśnie o aniołach. Książka stara, ale piękna, magiczna, baśniowa, cudowna. Jestem przekonana, że w większości znacie ją, bo i autorka popularna, i sama książka też.
Autorka to: Dorota Terakowska, a tytuł: "Tam gdzie spadają Anioły".


Przepiękna powieść, mądra, ciepła i ciekawa. Autorka mówi o rzeczach, które dotyczą wszystkich, zarówno dorosłych, jak i dzieci. Któż z nas nie zastanowił się choć raz nad "zakrętami losu", nie stanął przed problemem choroby i śmierci, nie przeżył konfliktu rozumu i wiary?
Powieść jest próbą przedstawienia złożonych relacji pomiędzy złem i dobrem, między porządkiem boskim i ludzkim, między człowieczeństwem i boskością.
Do mnie przemawia szczególnie jeden aspekt powieści, chodzi o główną bohaterkę, małą dziewczynkę, na którą rodzice nie zwracają uwagi, nie wierzą jej. Terakowska zwraca uwagę na to, że dziecko ma także coś ważnego do powiedzenia, wystarczy tylko poświęcić mu chwilę i posłuchać.
Poznajemy Anioła Dobrego- Ave i Złego - Vea, są bliźniakami, walczą i się kochają. Jest to książka dla tych, którzy wierzą,  chcą wierzyć, albo nigdy nie wierzyli w istnienie aniołów, po lekturze można zainteresować się angelologią, tak jak ojciec Ewy, głównej bohaterki, człowiek racjonalny, twardo stąpający po ziemi. Ale pewne zdarzenia powodują, że zaczyna wierzyć w inne byty...sam się sobie dziwi, w co zaczyna wierzyć.
Jest jeszcze babcia Ewy, kochana kobieta, która jako jedyna wierzy w to, że Ewa zgubiła swojego Anioła Stróża, potem pojawia się białaczka, zagubione pióro, i inne trudne historie...Warto przeczytać, uprzedzam o potrzebie zakupu pudełka chusteczek higienicznych. A więc:
...Ty zawsze przy mnie stój....

Długi ten post wyszedł, ale przez najbliższy tydzień jestem poza siecią, jakoś tak mam, chyba jestem "starej daty", bo dla mnie wypoczynek to z mediów tylko książka;))))) Zapasy książkowe zrobione, podzielę się wrażeniami z podróży i z przeczytanych książek:) Póki co, życzę Wam dobrego tygodnia, dużo pozytywnej energii i piękna obok, czy to w książce, czy w roślince, a na pewno w drugim człowieku:))) Pozdrawiam.

środa, 6 sierpnia 2014

Sowi raj - c.d., delikatnie i makowo i ....ojciec na mongolskich stepach:)

   Mam klientkę, która uwielbia sowy, pisałam o niej w jednym z wcześniejszych postów. A więc był już segregator, była półka, był wieszak i były zawieszki. Przyszedł czas na tacę, ale tę na nóżkach, klientka marzy o śniadanku w łóżku:) W perspektywie ma być jeszcze zegar, ale później. Wracając do tacy, to klientka i jej mąż są wielbicielami zwierząt, kochają kontakt z przyrodą, ich mieszkanie ozdobione jest dużą ilością drewna, więc mam nadzieję, że taca będzie pasowała. Drewno jest, sowy są, a nawet kilka, nóżki są, więc i śniadanie na tacy będzie;) Po ostatnim zakupie dostałam smsa od klientki: "Moniu, dzięki Tobie jestem w sowim raju:)", więc mam nadzieję na równie dobry odbiór. 







Druga propozycja to komplet herbaciarki i podkładek pod szklankę czy kubek. Miało być delikatnie, z niewielkim motywem kwiatowym, w kolorach pasujących do beżu. Wybrałam drobne kwiatuszki w kolorach: niebieskim i fioletowym.






I w dalszym ciągu wykorzystuję maki, które kocham i jak tylko mam wybór, to ozdabiam nimi właśnie przedmioty, poniżej tacka na chlebek lub na owoce, a w zasadzie na co się chce i wieszaczek, czy to na ściereczki do kuchni, czy na klucze, wyobraźnie wskazana;)




I na koniec prac "ostatnich" tabliczka  zawieszka, którą można zawiesić i w domu, i przed domem.





Tak sobie pomyślałam, że to trochę niesprawiedliwe, że w ostatnich postach pisałam dużo o roli mamy, były ehy i ohy;) A co z tatusiami? Przecież wśród nich bywają wspaniali, dający przykład mężczyźni...otaczają nas niestety też nieudacznicy, albo w ogóle ich nie ma, choć powinni być, ale nie zawracamy sobie głowy takimi, dziś moim bohaterem jest Rupert Isaacson, autor książki, pt.: " Opowieść ojca przez mongolskie stepy w poszukiwaniu cudu". Przypomniałam sobie o tej książce szperając w mojej biblioteczce w poszukiwaniu szczególnie ciekawych propozycji, które mogłabym polecić. I wpadłam na tę książkę. Czytałam ją kilka lat temu, ale wciąż pamiętam moje łzy i wielkie wzruszenie dla poświęcenia ojca dla syna. Brzmi to tak patetycznie, ale czyż nie taki powinien być porządek w świecie? Najpierw rodzic jest wsparciem dla dziecka, a potem dorosłe dziecko wspiera starych rodziców...Doskonale wiemy, że niestety życie pisze różne scenariusze. 


Ale wróćmy do Ruperta...jest on dziennikarzem i autorem książek podróżniczych. Kiedy u jego dwuletniego syna Rowana wykryto autyzm, postanowił, że nie podda się bez walki. Długo próbuje różnych form terapii, jednak bez skutku. Pewnego dnia przypadkiem odkrył, że jego syn nawiązuje wyjątkową więź ze zwierzętami. Wtedy postanawia zrealizować szalony plan, zabiera dziecko do krainy szamanów, nieskażonej przyrody i stad dzikich koni - Mongolii. A po powrocie opisuje tę niezwykłą podróż w książce, którą możemy przeczytać. Podróż ta okazuje się magicznym przeżyciem i doświadczeniem, które na zawsze odmieniło uczestników wyprawy. Książka to bardzo osobiste spojrzenie na problem autyzmu, zapis wielkiej podróży i intrygujący obraz szamanizmu. Jest to także opis pięknej przygody, ale przede wszystkim widzimy wielką siłę i wiarę, która jak wiadomo potrafi góry przenosić. Pamiętam, że po lekturze długo byłam wzruszona i patrząc na nasze zdrowe dzieci ,w duchu i ciszy zastanawiałam się, czy byłabym zdolna do takiego poświęcenia...Wiem, że byłoby trudno, ale na pewno zrobiłabym wszystko, by wykorzystać każdą możliwość, by pomóc dziecku, tak jak to zrobił Rupert...:) Warto też zwrócić uwagę na wielką rolę naszych kochanych "braci mniejszych"....jaka potęga i moc, i dobroć są w zwierzętach, jak one potrafią kochać i pomagać, jak są wierne do końca, jak tęsknią:) Ostatnio mój znajomy użył fajnego określenia w stosunku do osób, które znęcają się nad zwierzętami, powiedział, że:" To nie są ludzie, nie zasługują na to miano, to jedynie jakaś nieudany rodzaj homo sapiensa..." Pełna zgoda, Mirek, pełna zgoda:)))

niedziela, 3 sierpnia 2014

Osłonki, koszyczki i "Jesteś urzekająca"...każda z Was:)))

   Myślę, że w większości z nas uwielbiamy wszelkie osłonki na doniczki, czy to na zioła, czy na jakieś ulubione kwiatki. Taka osłonka to oprócz tego, że "zakrywa" nieciekawe, zwyczajne plastikowe doniczki to może być także ciekawą dekoracją, a nawet ozdobą w naszym mieszkaniu.
Ostatnio wykonywałam właśnie dwie osłonki z tym samym motywem, osobiście bardzo lubię połączenie bieli z zielenią, to zestawienie kojarzy mi się ze świeżością, nie męczy ono oka, przenosi w świat ziół i roślin:)





Druga propozycja to koszyczek, sam w sobie jest dekoracją, ale można go wykorzystać do np. przechowywania przypraw:)





I jeszcze, jak to u mnie bywa w ostatnich postach, jakaś książka, którą polecam, do której zaglądam, z której czerpię wiele cennych rad. I dziś pozycja dla wszystkich pań, ale w szczególności mam, które wychowują dzieci i pracują na 24 - godzinnym etacie w domu;)  Jest to książka p.t.: "Jesteś urzekająca. Hymn o matczynym sercu", autorstwa Stasi Eldredge.


 Książka jest cieniutka i praktycznie przeczytamy ją w godzinkę, no może dwie, ale to, że jest krótka w żaden sposób nie podważa jej znaczenia. Jest piękna po prostu. Daje nadzieję, gdy czujesz się znużona, samotna i zasmucona, gdy Twoje życie wobec koleżanek wspinających się po szczeblach kariery wydaje się zupełnie szare i banalne, gdy nie dostajesz medalu za wykonanie stutysięcznego prania;)
Są tam osobne rozdziały o wychowaniu córek i synów...kiedy dyscyplina,  środki wychowawcze i mądrość muszą na chwilę się usunąć i dać miejsce miłości i przebaczeniu. Autorka podpowiada jak zostać badaczem serca swojego dziecka, kiedy grożenie palcem jest potrzebne, a kiedy dziecku zaufać i dać mu trochę wolności. I przypomina, że żaden rodzic nie jest doskonały, że wszyscy popełniamy błędy.
Oczywiście to książka nie tylko dla rodziców, bo przecież "matkować" możemy innym ludziom. Bo cóż znaczy "matkowanie"? Czy to nie troszczenie się o siebie nawzajem, oferowanie opieki, pomocy i wsparcia. Czyż nie "matkujemy", gdy dostrzegamy kogoś w potrzebie i uruchamiamy działanie, aby tę potrzebę zaspokoić? Czy to nie jest podanie swetra przyjaciółce, która zmarzła, czy to nie podanie posiłku ubogiej rodzinie, a także cierpliwe wysłuchanie załamanej osoby.
Czy poświęcacie czas swojemu sercu? Co sprawia Wam radość? Co Was ożywia? Kąpiel w bąbelkach, spacery w parku, malowanie?Nie mamy na to zbyt dużo czasu, ale powinnyśmy znaleźć go choć trochę.
Pozdrawiam wszystkie baaaaaaaardzo urzekające czytelniczki tego bloga:)))