niedziela, 7 czerwca 2015

Lawendowy zestaw, koszyczek i macierzyństwo:)


   Dziś pokażę jak zwykle ostatnie prace, a także poruszę moim zdaniem bardzo ciekawy temat, dotyczący podejścia dzisiejszego społeczeństwa do macierzyństwa. Chcę napisać kilka słów, ponieważ przeczytałam piękną książkę, pt.: "10 zwyczajów szczęśliwych matek"autorstwa Meg Meeker. 
Ale najpierw lawendowy komplet i koszyczek z pomarańczowym motywem, bo o takie ozdobienie poprosiła klientka.
Zestaw składa się z herbaciarki, która została odmieniona, choć przed metamorfozą też była ciekawa, a także z chustecznika i zakładki do książek.

Najpierw herbaciarka przed:



I w nowej, lawendowej szacie:





I koszyczek:




I książka, o której wspomniałam na początku:


Autorka jest lekarzem medycyny, a także napisała poradniki, pt.: "Mocni ojcowie, mocne córki" oraz "Jak wychować chłopca na mężczyznę". Specjalizuje się w pediatrii i medycynie wieku dojrzewania, od dwudziestu pięciu lat pracuje z dziećmi i ich rodzicami. Jest matką czworga dorosłych dzieci i mieszka wraz z mężem w północnym Michigan.
Zazwyczaj, gdy przeglądam różne poradniki to wszystko kończy się własnie na przeglądaniu, bo często ciężko się czyta tego typu pozycje. Ale w tym przypadku było inaczej. Z racji różnych ograniczeń czasowych nie mogłam czytać cały czas, bez przerwy, a byłoby to możliwe, wierzcie mi:) Więc tak układałam sobie obowiązki i zajęcia, by jak najszybciej wrócić do lektury, ba, nawet przez dwa ostatnie wieczory, także czytałam, co w ostatnim czasie jest sukcesem, bo zazwyczaj popatrzę na okładkę i pomyślę, że może jutro nie będę taka śpiąca;) Znacie to prawda?
Książka jest podzielona na rozdziały, a każdy z nich jest właśnie tytułowym zwyczajem, a więc czytamy o swojej wartości, o przyjaźniach, o zazdrości, o wierze, o podejściu do pieniędzy, o tym, by znaleźć czas na samotność, o pozbyciu się strachów i podejściu do miłości.
Ja wiem, że dla Was może to wszystko jest oczywiste i nie macie problemów z podejściem do macierzyństwa,bardzo się cieszę, ale chciałabym byśmy tak ogólnie spojrzały na to, do czego doprowadzono ten wielki dar, jakim niewątpliwie jest macierzyństwo. Nie mam zamiaru nikogo obrażać, możecie się ze mną nie zgadzać, ale autorka tylko mnie jeszcze bardziej utwierdziła w moim stanowisku i postrzeganiu siebie jako mamy.
To temat rzeka, ale myślę, że od czasu do czasu warto o tym porozmawiać, wymienić się poglądami, poza tym mam wśród swoich znajomych mamy, które zajmują się wychowywaniem dzieci i mają przerwę w życiu zawodowym. Wiem, że jest im czasami trudno, że cierpią, boją się pytań, niby oczywiste jest to, że wcale nie muszą się nikomu tłumaczyć, ale zdarzają się przykre sytuacje i gorsze stany emocjonalne. Już nie wspomnę o prostackim pytaniu: "A co u Ciebie? Ty dalej w domu?" `Widziałam dziewczyny, które ściskały usta, by się nie rozpłakać, znam takie, które pochowały się przed światem, bo nie chcą słyszeć tego pytania, a jednocześnie tracą pewność siebie i wpadają w obsesję....bycia dobrym rodzicem, ze skrajności w skrajność. Dotyczy to mam pracujących zawodowo i mających przerwę w karierze. Tu nie ma wyjątków. 
Pamiętam taką sytuację, gdy poznałam pewną mamę i zaczęłyśmy zwyczajną rozmowę, mamy córki w tym samym wieku. Pierwsze pytania tej osoby były dosłownie takie: "Gdzie nasza córka chodzi na balet?", "Czy lektor z angielskiego przychodzi do domu, czy gdzieś córkę wożę?", "Czy wybrałam już pierwszą klasę w sensie placówki...", itd., to było dwa lata temu. Odpowiedziałam, że nasza Kornelka nie uczestniczy w żadnych zajęciach, bo nie jest na to gotowa, że bawi się ze starszym bratem i koleżankami, a o pierwszej klasie jeszcze nie myślimy....Że ma zwyczajne dzieciństwo i jest zdrowym i szczęśliwym dzieckiem. Ta nowo poznana mama dziwnie na mnie spojrzała, i stwierdziła, że ona po pracy zabiera swoja córkę o 15 z przedszkola, od razu zawozi na lekcje judo, potem jadą na basen i wieczorem przychodzi pani z angielskiego....a potem idą spać. Nie pytałam o inne dni, chyba wolałam nie wiedzieć.
To może ekstremalny przypadek, ale widzę, co się dzieje wśród mam, swoisty wyścig szczurów. Już nie tylko my w życiu jesteśmy szczurami, już nawet uczymy tego nasze dzieci. Już siedmiolatek ma mówić w obcym języku, ma uprawiać sporty i chodzić na zajęcia ze skutecznego zapamiętywania i logicznego myślenia....Szok!
Jestem przekonana, że wśród Was są mamy kochane i potrafiące znaleźć granicę między zwykłym dzieciństwem i koniecznością czy możliwością stymulowania rozwoju poprzez zajęcia dodatkowe, wchodzę na Wasze blogi i bardzo podoba mi się, co i jak piszecie o swoim macierzyństwie i o tym temacie, jeśli nie jesteście mamami. Oby jak najwięcej takich kobiet!
Może trochę chaotycznie piszę o tym wszystkim, ale wiem także, że rozumiecie mnie i to podejście.
Chciałam zachęcić do książki, która mnie zainspirowała do tych rozważań. Zobaczyłam wyraźniej mamy, które obrały zły kierunek i zapomniały o swoim wnętrzu. Omamiono je, wmówiono im, że mają się skupić na zewnętrznych cechach charakteru i tracić mnóstwo czasu, pieniędzy i energii na rzeczy, które tak naprawdę nie mają znaczenia. Potrzebujemy samotności, a nie kolejnej diety. Potrzebujemy zadumy nad naszym duchowym życiem, a nie kolejnych zajęć, na które będziemy ganiać nasze dzieci. Potrzebujemy nadziei, a nie kolejnych rzeczy do zrobienia, bo te tylko wzmagają nasz niepokój. Potrzebujemy mniejszych wydatków, żeby pieniądze przestały odgrywać w naszym życiu taką ważną rolę. W życiu chodzi o coś znacznie więcej.
Kochane moje, urodziłyśmy się, by pozostawić po sobie jakiś ślad na tym świecie. I najczęściej robimy to poprzez wpływanie na życie naszych dzieci i innych osób. Czasami  ślad to coś, co zrobimy dla drugiej osoby, a czasami to nasza obecność przy tej osobie. 
Pozdrawiam Was wszystkie, wiem, że jesteście cudownymi kobietami, to się po prostu wyczuwa w każdym wpisie czy komentarzu:)))
Dobrego tygodnia:)))

wtorek, 2 czerwca 2015

Chlebak, obrazek na szkle i wrażliwość:)

   W ostatnim czasie mam mnóstwo różnych spraw do załatwienia i brakuje czasu na blog, a regularność w tym przypadku wskazana;) Ale cieszę się, że wciąż do mnie zaglądacie, dziękuję za komentarze i odwiedziny:) Plan na dzisiejszy wieczór to zapoznanie się z tym, co ciekawego i twórczego pokazałyście w ostatnim czasie.
Ale najpierw mój komplet, chlebak i zawieszka serducho:) Za kilka dni przygotuję jeszcze podkładki na stół pod talerze i pudełko na serwetki. Klientka wymienia meble, zmienia dodatki i poprosiła mnie o przygotowanie własnie chlebaka. Miało być w brązie, retro i ładnie;)



Podkładki pod talerze będą z tym samym motywem, potem taca, itd.:)

Pisałam kiedyś o moim wujku TUTAJ, miałam okazję się z nim zobaczyć podczas ostatniego weekendu. Jest on artystą amatorem, wrażliwą duszą i wspaniałym człowiekiem. Podarował mi obraz malowany na szkle, więc tak delikatnie wujka zareklamuję, gdybyście chciały obraz, czy na płótnie, czy na szkle....polecam z całego serca, dobra cena i piękne prace. Wujek mieszka na Podhalu, maluje góry, przyrodę, zwierzęta....:)

To mój prezent, obraz na szkle:)


I jeszcze książka do rozmyślania, przeczytania i zastanowienia się, dlaczego osoby o tak delikatnej konstrukcji i wielkiej wrażliwości, są to często artyści, pisarze, piosenkarze, poeci, kończą tragicznie.
To książka pt.:" Szklany klosz" autorstwa Sylvii Plath, która pisała po prostu o sobie.


Dla feministek to niemalże żelazna pozycja...ale tak naprawdę to nie bardzo wiem dlaczego. Ja podczas książki skupiłam się raczej na dramacie człowieka, tutaj bez względu na płeć. Zobaczyłam młodą kobietę, to Esther, która chce zostać uznanym pisarzem. Jest uzdolniona literacko, ma za sobą liczne kursy. Wszystko wydaje się być na wyciągnięcie dłoni...ale jednak nie, młoda dziewczyna musi walczyć. Ociera się o wielki świat, szaleje na bankietach i przyjęciach, zadaje się z różnymi ludźmi, z czasem widzi coraz bardziej sztuczność tego bogatego świata, maski ludzi, którzy nie uznają bezinteresowności. Zmuszona jest wrócić do rodzinnego domu, do matki, z którą nie za bardzo się rozumie. Męczy się, szuka pomysłów na siebie, chce napisać powieść. Ale niestety, brak jej pomysłu...pojawia się frustracja, Esther nie może spać, przestaje jeść, ląduje w szpitalu psychiatrycznym, podejmuje liczne próby samobójcze...
Ta książka to ciekawe studium psychologiczne kobiety XX wieku, buntującej się przeciwko narzuconym schematom, rolom społecznym. Myślę, że to nie jest pozycja dla każdego, jeśli ktoś szuka kina akcji, to niestety się zawiedzie...ale jeśli lubicie książki o skomplikowanych życiorysach z wieloma zakrętami to "Szklany klosz" polecam, ja osobiście lubię takie własnie klimaty;)

niedziela, 24 maja 2015

Bratki, krzesełka i kolejny raz Lisa Genova...:)

Witajcie:)

Codziennie, no może prawie codziennie, zaglądam na Wasze blogi. Jestem zachwycona. Ubolewam nad faktem, że nie mam czasu na dokładniejsze przeglądanie ich zawartości. A tak bardzo warto! Nie zdawałam sobie sprawy, że mamy tyle twórczych, pomysłowych i kreatywnych osób:) Coś pięknego. Może trochę pomarzymy...Wyobraźmy sobie, że tworzymy wielki supermarket, może bardziej galerię (ładniej brzmi), w którym są TYLKO nasze dzieła;) A więc książka, tomik poezji, aniołki z masy solnej, kuferki, zasłonki, filcowe cudeńka, szydełkowe perełki, obrazki, poduszki....i tak dalej, i tak dalej....Jeśli kogoś lub coś pominęłam, to przepraszam, ale w naszym supermarkecie są WSZYSCY! Bez wyjątku:)
I co...wyobrażacie sobie te tłumy? Bo ja tak, a co! Budujące jest to, że ciągle są osoby, które przedmioty wykonane własnoręcznie stawiają przed innymi, przed tymi z wiadomego kraju...;)
Nie będę rozwijała tego wątku, bo już ten temat poruszałam kiedyś, a na Waszych blogach też nie raz się pojawiała dyskusja, więc pomilczmy trochę....:)
Tymczasem zapraszam na moje stoisko;) Dziś na moim stoisku komplet, który powędrował do pewnej mamy:) Składa się z lampionu, obrazka i serwetnika. Motyw wspólny - bratki. W moim ulubionym kolorze.



Lampion zapalony wieczorem wygląda tak:



A teraz coś dla maluchów, do siedzenia:)
Ozdobiłam dwa krzesełka, w teorii jedno dla dziewczynki, drugie dla chłopców:)
Najpierw pokażę to dla małej damy:) Pomalowałam je farbą w jasnym, pudrowym różu, dodałam moje ukochane przecierki i ozdobiłam papierem z pięknym, moim zdaniem, motywem.





A drugie krzesełko jest mniej romantyczne, ale też z ciekawymi, dziecięcymi motywami:)





I na koniec książka. W czasie weekendu majowego udało mi się trochę nadrobić zaległości czytelnicze, więc stopniowo staram się z Wami dzielić moimi odczuciami:)
Pisałam już o takiej autorce, jak Lisa Genova. Polecałam jej książki: "Motyl" i "Kochając syna". Sięgnęłam po jej kolejną książkę, to "Lewa strona życia". I znów się nie zawiodłam.


Autorka kolejny raz bardzo dobrze łączy opis rzadkiego przypadku medycznego (jest doktorem nauk medycznych w dziedzinie neurobiologii) z powieścią obyczajową. I kolejny raz kreśli fascynujący portret kobiety walczącej o odnalezienie swojego miejsca w życiu po urazie doznanym w wypadku samochodowym.
Ta kobieta to Sarah Nickerson, matka trójki dzieci, piastująca bardzo dobre stanowisko w renomowanej firmie. W związku z tym setki telefonów, maili odbieranych czasami nawet podczas jazdy samochodem. W ciągłym biegu, w ciągłym stresie, bez czasu dla siebie. Dużą pomocą jest niania, która praktycznie wychowuje dzieci i mąż, wyrozumiały i kochający.
Życie Sarah przypomina nadmuchany do granic możliwości balon....który w końcu musi pęknąć. I pęka...Kobieta ulega wypadkowi samochodowemu, gdy podczas jazdy rozmawia przez telefon i o sekundę za długo nie patrzy na drogę. Jakże ważna sekunda w życiu Sarah...
Spowodowany wypadkiem uraz mózgu całkowicie wymazuje lewą stronę jej świata, i po raz pierwszy Sarah pozwala na to, żeby kontrolę przejęli jej bliscy, w tym od dawna nieobecna w jej życiu matka. Wzrusza szczególnie ta relacja. Matka odsunęła się od Sarah już w dzieciństwie, kiedy tonie brat bohaterki. Mama nie może sobie darować, że nie pilnowała małego synka, zapada w głęboką depresję i w rezultacie traci dwoje dzieci, bo także odsuwa się od małej córeczki. Dziewczynka rośnie, dojrzewa, układa sobie dorosłe życie bez mamy. Cierpi i na początku, po wypadku, odrzuca pomoc mamy, ale gdy uzmysławia sobie, że nie jest w stanie sama nawet umyć zębów poddaje się i godzi na warunki bliskich, w tym mamy. A mama? Myślę, że ten krótki czas, jaki był im dany razem, bo tutaj uchylę trochę tajemnicy, ale mama umiera, był najpiękniejszym czasem w życiu mamy i córki. 
Czy Sarah pogodzi się ze swoją niepełnosprawnością, jak potoczy się jej życie, co będzie priorytetem pozostawiam tutaj bez odpowiedzi, bo może ktoś sięgnie po tę książkę, polecam. 
Autorka trafia z tematem w sedno naszych czasów, gonimy i gonimy, dziesiątki rzeczy dziennie do załatwienia, w ciągłym biegu i stresie. Wczoraj byłam na takim "babskim" spotkaniu i jedna z koleżanek zastanawiała się właśnie nad tym, że mamy tyle różnych urządzeń, które mają za zadanie zaoszczędzenie naszego czasu, jak pralka, wszelkie roboty kuchenne, itd., a jednak wciąż nie mamy czasu...Oby nigdy nie spotkało nas to, co Sarah, tego Wam i sobie życzę:)))
Dobrego tygodnia!

piątek, 15 maja 2015

Witajcie:)

Dużymi krokami zbliża się święto wszystkich mam, Dzień Matki. W związku z tym powoli, powoli napływają zamówienia. Kropkowe zamówienia;)

Na początek bardzo delikatne połączenie koloru niebieskiego z bielą, a do tego orzeźwiająca zieleń. Bardzo lubię taką kolorystykę. Serduszko w środku ma przypominać o miłości do mamy właśnie:) Oto kuferek na drobiazgi i biżuterię:)



Na targowiskach kuszą truskawki...niedługo dołączą do nich czereśnie, które bardzo lubię. Czereśniowy motyw prezentuję na kolejnym kuferku. Zamiast zapięcia zaproponowałam drewnianą kulę:)




Pozostaniemy przy kolorze czerwonym:) Na segregatorze, który przygotowałam, znajdują się motywy w kolorze miłości:) W segregatorze będą przechowywane ulubione czasopisma.





Krzyż to dla ludzi wierzących bardzo ważny symbol, najważniejszy. Dla mnie także. Zdarza się, że jestem proszona o przygotowanie krzyża. Często stosuje wtedy złocenia, wykorzystuję papier ryżowy z wizerunkiem Chrystusa i całość maluję na brązowo. Ale tym razem jest inaczej. Krzyż jest biały, a ozdobiłam go motywem maków, ich szybkie przekwitanie i opadanie płatków jest metaforą przemijania ludzkiego życia, każdego życia.


Teraz czas na anioły i pudełeczko na małe karteczki. Wcześniej ozdabiałam w podobnej stylistyce pojemnik na długopisy, który można  zobaczyć TUTAJ.




Dla Pani Dorotki, która zamówiła to pudełko przygotowałam serce w podobnej tematyce:) Pani Dorota jest osobą, z którą mogłabym rozmawiać i rozmawiać, ma bardzo ciekawe zainteresowania i piękną osobowość:)






Dawno nie polecałam żadnej książki, a kilka udało się przeczytać. Dziś chciałam napisać kilka słów o pięknej książce, którą można przeczytać w dwie godziny. To nie broszurka, o której szybko zapomnimy. To opowieść o smutku, ale traktowanym nie jako stan, ale jako proces. Nie chcę, żeby było smutno... choć książka nie jest wesoła, ale myślę, że pomimo wielkiego bólu autora, o którym mówi w książce, to w zderzeniu z opisem tak wielkiej miłości i tęsknoty będziemy czuć radość, wielką radość. 
Autorem książki "Smutek" jest C.S. Lewis, autor słynnych "Opowieść z Narnii". 


Istotnym momentem w  życiu pisarza była przyjaźń, a następnie małżeństwo z Joy Gresham, amerykańską pisarką żydowskiego pochodzenia. To właśnie po jej śmierci powstała ta książka.
Lewis nazywa w książce swoją ukochaną po prostu H., rozmawia z nią, spiera się, zastanawia się, jak wyglądałoby ich małżeństwo, gdyby H. wciąż żyła. Warto dodać, że Lewis zdecydował się na małżeństwo, wiedząc, że ukochana jest ciężko chora, że prawdopodobnie umrze przed nim.  Tak się stało. 
Podoba mi się bardzo przedmowa napisana przez Madeleine L'Engle. Wiele w niej mądrości.
Madeleine pisze:

"Śmierć ukochanego jest amputacją. Ale gdy dwoje ludzi się pobiera, każde musi zaakceptować to, że któreś z nich umrze pierwsze. Kiedy C. S. Lewis poślubił Joy Davidman, było raczej pewne, że to ona odejdzie pierwsza - chyba że nastąpi jakiś nieoczekiwany wypadek. Wszedł w małżeństwo ze złowróżebnym przeczuciem śmierci, dając dowód niezwykłej miłości, odwagi i osobistego poświęcenia. Tymczasem śmierć, która przychodzi po spełnionym małżeństwie i odpowiednio długim okresie wspólnego życia, jest częścią niesamowitego cyklu narodzin, miłości, życia i umierania."

Wstęp do książki natomiast napisał syn Joy z pierwszego małżeństwa Douglas H. Gresham. Łączyła go wielka przyjaźń z ojczymem Lewisem, o którym pisze: 

"Jeszcze bardziej nadzwyczajnym czyni "Smutek" osoba autora, który był niezwykłym człowiekiem, oraz osoba opłakiwanej kobiety - także niezwykłej. Oboje byli pisarzami, utalentowanymi naukowcami, oboje wyznawali chrześcijaństwo - ale na tym podobieństwa się kończą. Fascynuje mnie to, że Bóg styka niekiedy ze sobą ludzi tak odmiennych, w wielu różnych aspektach, i łączy ich w duchowej jedności, którą jest małżeństwo".

Lewis napisał książkę szczerą i poruszającą do bólu. Pisana w formie dziennika jest relacją z kolejnych tygodniu po odejściu ukochanej. Pisze o swoim wyobcowaniu w środowisku przyjaciół, o przygotowaniu na własną śmierć, rozpaczliwym zaakceptowaniu Boskich wyroków. 
Nie znajdziemy w niej prostych odpowiedzi, mało tego, czujemy ból Lewisa, wygrażamy pięścią razem z nim w stronę nieba, płaczemy także....ale jednocześnie ta żałoba w jakiś dziwny sposób dojrzewa, kieruje się w stronę nadziei i pocieszenia. A my razem z nią. 
Autor pisze:

" Czasami, Boże, ma się pokusę powiedzieć, że jeśli chciałeś, byśmy byli jako lilie wodne, mogłeś dać nam postać do nich podobną. Ale to pewnie Twój wielki eksperyment. Nie, nie eksperyment, bo Ty nie potrzebujesz nic odkrywać. Raczej Twoja wspaniała inicjatywa. Stworzenie organizmu, który jest równocześnie duchem. Stworzenie tego przerażającego oksymoronu, "zwierzęcia obdarzonego duszą". Wziąłeś biedne stworzenie o najwyższym stopniu rozwoju, zwierzę unerwione od stóp do głów, istotę z żołądkiem wymagającym napełnienia, rozmnażający się stwór, który pożąda towarzyszki, i powiedziałeś mu: " No, dawaj sobie radę. Stań się bogiem".

Dnia 22 listopada 1963 roku Lewis umarł i jestem pewna, że spotkał swoją ukochaną H. :)))))
Polecam książkę, jest naprawdę piękna, co chwila zaznaczałam myśli autora, które mnie urzekały, to nie miejsce, by je wszystkie cytować, a wierzcie mi, są prawdziwymi perłami:))))

Życzę Wam wiele słońca na nadchodzące dni i oby w Waszym życiu, była taka osoba, jak H. w życiu  Lewisa. I nie myślę tu tylko małżonku, przyjaźń to też piękna relacja, za przyjacielem też można tęsknić, nawet bardzo:))))

sobota, 9 maja 2015

Jednak kocham kwiaty;)

  O co chodzi z tym tytułem...;) Chyba każda osoba, która zajmuje się ozdabianiem przedmiotów ma różne okresy, w których określony motyw niemalże pcha się do każdej pracy.   U mnie teraz to są kwiaty:))) Nie wiem, czy tak się dzieje, bo piękna wiosna za oknem? Nie mam pojęcia.

Ale najpierw prowansalskie klimaty i herbaciarka w takim właśnie charakterze:)




Przygotowałam jeszcze obrazki do mojego kącika czytelniczego przed domem:)




Obrazki "poczęstowałam" pastą postarzającą, przetarłam na brzegach, zabezpieczyłam lakierem i powiesiłam na zewnątrz. Przecież nikt nie powiedział, że obrazki muszą wisieć w środku, prawda?




Wiecie, że kocham ptaki, więc mój kącik zdobią ptaki z drewna, które pomalowałam na biało, ozdobiłam za pomocą szablonu, pasty strukturalnej i koralików. 

Aha, jeszcze historia szklanego stolika ze zdjęcia;) Oczywiście nie był biały. Przez wiele lat prezentował się tak i reklamował szanowną markę pod nazwą Castorama;)



Szkło to baaaaardzo dobry materiał do ozdabiania...więc, oczywiście kwiaty:)


Powyższy otwór jest na parasol, gdyby ktoś przez przypadek pomyślał, że mnie fantazja poniosła w kierunku cięcia szkła, aczkolwiek kto wie, kto wie...;)

Pozostaniemy w ogrodzie, będzie dalej kolorowo... ale przede wszystkim biało jednak, bo jak widać, jestem uzależniona kompletnie od tego koloru;)
Dawno temu u kogoś zobaczyłam starą konewkę.


Stara, podrapana, nikomu niepotrzebna, prawie nikomu. Ja nie przepuszczam takich okazji.
Pędzel w ruch i konewka stoi w ogrodzie i czeka na pelargonie albo surfinie:)



Żegnam Was Kochani fotką moich tulipanów życząc Wam wielu kolorów w życiu, dobrego tygodnia i wszystkiego dobrego!